Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi

Wspomnienia z rejsów

Lech Biedrzycki:  Rejs Klubu Sportów Wodnych LOK w Łodzi do Szkocji i na Hebrydy w 1959 roku.

    Rejs do Szkocji i na Hebrydy był kolejnym, zagranicznym rejsem klubowym. Zorga­ni­zował go i przeprowadził jachtowy kapitan żeglugi wielkiej (od 1950 roku) Andrzej Kaszyński, jeden z naj­bardziej zasłużonych i znanych żeglarzy w Polsce. Żeglował już przed wojną. Latem 1946 był jednym z organizatorów pierwszego po wojnie obozu żeglarskiego w Jastarni. Poprowadził także dwa rejsy morskie.
      Pierwszym oficerem była jachtowy kapitan żeglugi wielkiej Janina Kaszyńska, żona kapitana. Żeglowała od 1946 roku uzysku­jąc stopień żeglarza morskiego. Jednym z wielu jej dokonań był rejs z harcerkami do Sztokholmu i Helsinek, który poprowadziła.
      Oficerami byli też jachtowi sternicy morscy: Bogdan Szenfelder — II oficer (od 1947 w Akademickim Klubie Morskim w Łodzi a od 1952 w Lidze Morskiej, potem w Klubie Sportów Wodnych, od 1954 prowadził szkolenie żeglarskie), Hanna Nagurska — III oficer (żeglowała przed wojną, pierwszy rejs morski odbyła wraz z Janiną i Andrzejem Kaszyńskimi do Narwiku w 1957 roku).
      Członkowie załogi to: jachtowy sternik morski (od 1952) Jerzy Matusiak (żeglował od 1947 w 41 Drużynie Wodnej ZHP a od 1948 Działał w Wydziale Przysposobienia Marynarskiego PO Służba Polsce) oraz sternicy jachtowi: Julian Bogusz (żeglował od  1949), Leszek Biedrzycki (żeglował od 1950), Franciszek (Wiesiek) Mielczarek (żeglował od 1951).
     Przygotowania do rejsu rozpoczęły się latem 1959 roku. Zgromadzone, zgodnie z doświadczeniem obojga Kapitanów, zapasy żywnoś­ci mające wystarczyć do końca rejsu (wystarczyły!) zmieściły się na Starze.
     W Szczecin-Dąbiu czekał na nas „Chrobry”. Ten jacht, zbudowany w Niemczech przed II wojną światową, był przeznaczony do szkole­nia młodzieży Hitlerjugend. Przed zakończeniem wojny Niemcy zatopili go w Szczecinie. W 1948 roku został wydobyty i naprawiony. Zarejestrowany potem w Rejestrze Polskich Jachtów Morskich w klasie XIV (135–145 m2) otrzymał numer rozpoznawczy PZ 7. Armatorem był LOK Szczecin.
     Rozmieszczanie wszystkiego co potrzebne w rejsie umożliwiło poznanie wnętrza jachtu, włącznie z integralną lodówką, której funkcję pełniła zenza (bo tam najzimniej).
    „Chrobry” miał silnik Diesla bez rozrusznika, który zastępowała korba i mięśnie załogi. Ten „układ rozruchowy” bez zasilania elektrycznego był bardzo niezawodny.
    W załodze było dwóch sterników motorowodnych — Bogdan i Julek. Bogdan miał już funkcję, więc motorzystą został Julek (był w tym bardzo dobry). Jako bliski kolega Julka i także mechanik zostałem jego pomocnikiem. Silnik ten układ zaakceptował.
    Pierwszą okazją sprawdzenia silnika i jego obsługi było prze­płynięcie z portu po paliwo dla silnika. Gdy silnik już pracował i oddaliśmy cumy, Julek regulował obroty silnika stosownie do po­leceń kapitana. Ja sterowałem „Chrobrym” pierwszy raz, z dużymi emocjami (to nie była Omega). Kapitan czuwał nad działaniami nas obydwu. Zdaliśmy ten egzamin.
    Potem popłynęliśmy do Świnoujścia. Tam rozpoczął się nasz rejs w dniu 21 sierpnia 1959 roku.
    Etap z Bałtyku przez Sund do Kattegatu minął spokojnie. Wiatr był bardzo „oszczędny”. Wtedy Wiesiek zademonstrował pierwszy raz mistrzowski sposób smażenia naleśników z „podrzutem” patelnią, dla obrócenia naleśnika.
  Gdy zbliżaliśmy się do brzegu Szwecji, przepłynął blisko nas niszczyciel podobny do naszych przedwojennych okrętów. Widzie­liśmy też samolot z obrysem skrzydeł w kształcie „delta”. Trwa­ła „zimna wojna”.
    24 sierpnia weszliśmy do Göteborga położonego przy ujściu rzeki Göta płynącej z jeziora Wener. Zacumowaliśmy przy nabrzeżu z bloków skalnych, blisko ujścia rzeki i usytuowanej w nim przystani łodzi motorowych. Dalej w górę rzeki były widoczne maszty jachtów.
    W Szwecji był wtedy ruch lewostronny. Musieliśmy o tym pamiętać na przejściach. Pamiętaliśmy obaj z Julkiem idąc „w miasto”.
    Zaskoczył nas dziennikarz z prasy lewicowej. Przedstawił się „I am the communist”. Zaproponował pokazanie fabryki samochodów Volvo. Bardzo zainteresowała nas ta propo­zycja, bo pracowa­liśmy w wytwórni Starów w Starachowicach. Jednak w Volvo, przyję­to nas tylko w biurze koło wejścia do fabryki, dano kilka kolo­rowych folderów i pożegnano (ciekawe, czy dlatego, że Polacy, czy dlatego, że communist?).
    Lepiej wypadło obejrzenie miasta czystego, spokojnego, z zabu­dową solidną. Kiedy tam byliśmy skończono właśnie budowę nowego stadionu. Przy wejściu, na masztach czekały już na otwarcie flagi czterech państw skandynawskich.

Galeria zdjęć znajduje się tutaj.

Back to Top